O wystawie
Zbigniew Paluszak uważnie przyglądał się otaczającej go przyrodzie. Była dla niego inspiracją i odpowiedzią na wiele pytań, choćby tych czysto malarskich.
A zatem malowanie przyrody i otaczającego go świata w jego późniejszych pracach zostało ograniczone do rozstrzygnięć czysto kolorystycznych. Nie trzeba namalować wiosennej trawy, wystarcza jej nieposkromiony zielony kolor. Kolor nasycony i wibrujący, to możliwie najbardziej zajadła zieleń, jaką daje się stworzyć na palecie i przenieść na płótno. Z wiosennej żywości zostaje jej idiomatyczna barwa, ona staje się treścią całego przesłania.
Zacząłem od wiosny, bo mimo że początek roku jest w styczniu, to tak naprawdę życie nowe zaczyna się na wiosnę i to w niej tkwi witalność i siła, to jest prawdziwie pierwsza pora każdego roku. Potem przychodzi lato i zjada wiosenną zieloność światłem oraz nasycającymi się czerwieniami. A później nadciąga jesień i wraz z nią deszczowe, ciężkie chmury oraz znikające wśród brązów czyste barwy. Być może pejzaż się odsłania i przez to zyskuje na sile i znaczeniu. Wreszcie zjawia się też zima, dziś rzadko kiedy biała i skrząca się światłem odbijanym przez śnieg i lód. Ale taki mamy wciąż wdrukowany jej schemat i może niech tak zostanie. Nawet jeśli nie jest już prawdą dzisiejszego zimowego pejzażu i jego kolorów.
Paluszak w swych obrazach pokazuje własną wersję pór roku i barw, które się w nich pojawiają, gdy o nich myśli. Mam wrażenie, że w tych kompozycjach jest to, co widział, gdy zamykał oczy i chciał zobaczyć tylko to, co naprawdę było dla niego najważniejsze - triumfujące kolory.
Kurator wystawy i autor tekstu: Bogusław Deptuła