About
Jadzia Cicha maluje rozpływające się we własnych, niejasnych barwach postaci zwierząt i ludzi. Upodabniają się, zlewają, scalają, stając się jakby jedną rasą, jednym gatunkiem. Są do siebie podobni.
Najlepiej gdyby się dało malować, nie dotykając płótna. Gdyby kolory zjawiały się w zgodzie z myślą, ale już niekoniecznie z ruchem ręki. Gdyby pędzel, pędzle nie były potrzebne. I jeszcze gdyby się dało też od razu zaprogramować owo rozpływanie się farby, brak konturów, rozmywanie się kształtów, rozpływanie granic, jak w testach Rorschacha, jedne skrywają się w drugich.
Czy może, jak w zabawach polegających na rozlewaniu atramentu, ekoliny, tuszu czy chlapaniu farbą na mokrą kartkę papieru czy płótno. Ale i tak najpiękniejsze efekty - choć najbardziej ulotne, powstają z wylewania pigmentów wprost na powierzchnię wody albo oleju, ale to inna historia. Obrazy samoczynne, obrazy samoistne, obrazy samospełniające się - obrazy wizje. I najlepiej, żeby podobrazie od razu miało jakiś kolor. Żeby nie straszyło bielą, żeby wyglądało naturalnie, jakby sama natura je przygotowała.
Jest i na to sposób, wystarczy rozłożyć płótno na dnie rzeki, na przykład Odry, i poczekać, co płynąca woda przyniesie, naniesie i osadzi na płótnie. Swoiście zagruntuje, czy może wręcz zrobi grunt pod obraz. Naturalność procesu w każdym calu – na każdym calu.
Naturalny podkład, naturalne piękno, czyli naturalezza e bellezza,wylewają się na płótno. Wylewa, przelewa i zostaje. Jak nazwać te jej kolory inaczej niż naturalnymi? Natura kolorów, zmienna, ale trwała, tak jak trwałe są obrazy. Są jak te nieuczynione ludzką ręką.
Całkowicie wzajem się przenikające, sobą wzajemnie zainfekowane. Sama w rozmowie mówi o tym następująco: „Żaden z moich obrazów nie jest zaplanowany. Pomysł kreuje się równorzędnie z materią nakładaną na obraz, która się przekształca. Czasami w zależności od tego zmienia się położenie obrazu, czy jest on horyzontalny, czy pionowy. Moje obrazy są bardzo często przemalowywane, właśnie dlatego, że podłoże jest niedoskonałe. Obrazu nigdy nie da się przemalować całkowicie, właśnie dlatego można dostrzec każdy etap malarstwa. Te pozorne błędy przekształcam w wartość obrazu”.
Zostają ślady, które tworzą swoiste malarskie napięcia, może i dla widza niedostrzegalne, minimalne, ale malarka wszystkie je rejestruje i włącza do swojego procesu tworzenia. Czasami trudno wręcz rozpoznać pojawiające się kształty, no ale właściwie to tym lepiej.
Kolory stają się nową skórą obrazów. Sierść zwierząt „ziemnieje” - karnacja płótna „sierścieje”. Stapiają się z malowidłem, identyfikują się z jego powierzchnią. Nie chcą się od siebie odróżniać. I tylko czasem zjawia się strzępek barw spektralnych, ale dosłownie strzępek. Jak sygnał, że takie barwy też właściwie są możliwe, ale w określonych, minimalnych ilościach. Powierzchnie zmywalne, powierzchnie zmyte.
Powierzchnie bez barw, bez kontrastów, bez zdecydowanych i prostych kolorów… powierzchnie rozpływające się w naturalności. Barwy zwierzęcych futer: futer saren, królików, zajęcy; melanżowe: szare, brązowe, białawe, rudawe, pieprzne, solne. Trudne do opisania, zazwyczaj się nimi nie zajmujemy. To melanże - melanże, które mają wyglądać możliwie najbardziej naturalnie. Tak, żeby nie można było dostrzec tych futrzanych postaci w zaoranej skibie ziemi wiosennej czy jesiennej.
Ziemi, która też traci swą ziemistą barwę, wyschnięta, czekająca na deszcz, zeschła i niegościnna, akurat teraz udziela gościny i schronienia stadu nieco wygłodzonych saren. Żeby sylwety były niewidoczne albo trudniej widoczne, mało widoczne, znikające, kamuflażowe.
I jeszcze kwestia zwierzęcości zwierząt i zwierzęcości ludzi, coraz bardziej labilna. Tradycyjne podziały chwieją się i tracą na sztywności. A nawet w wielu wypadkach przestają obowiązywać. Wzajemne spętleniejest coraz większe i coraz bardziej zapętlone, i coraz trudniej je rozplatać. A może nie ma takiej potrzeby. Przenikajmy się wzajemnie, zapętlajmy.
Myślenie: zwierzęta i ich ludzie - coraz mocniej obowiązuje. I dobrze, że tak się dzieje. Jakoś w naturalny sposób pojawia się ono na obrazach Jadzi Cichej, które, niczego nachalnie nie postulując, równocześnie właśnie tego dokonują, scalając te nieprzeciwstawne biologiczne byty. Granice ich bytów nie są zbyt wyraźnie wytyczone.
Spoglądając w przeszłość, już w latach 50. XX wieku opublikowano po polsku książkę francuskiego pisarza, wtedy bardzo popularnego, podpisującego się pseudonimem Vercors (od nazwy regionu południowo-środkowej Francji, z której pochodził), zatytułowaną „Zwierzęta niezwierzęta” – we francuskim oryginale „Les animauax dénaturés” – zwierzęta nienaturalne. Jej treść zostawmy na boku, ale wystarczający jest już sam tytuł, który właściwie odrzuca sztywne podziały. Jak widać, owo zacieranie podziałów dzieje się już od kilkudziesięciu lat i choć ostatecznie się nie dokonało, to trwa i dzieje się cały czas.
Zaglądając na nasze literackie podwórko, znajdujemy zupełnie nieoczywisty po dziś dzień tytuł powieści Tadeusza Konwickiego „Zwierzoczłekoupiór” - pisane jednym słowem. I może to jest jeszcze trafniejsze odczytanie tego wszystkiego różnego, co możemy zobaczyć na zupełnie nieoczywistych płótnach młodej wrocławskiej malarki, która dość przebojowo wdarła się do malarskiej wyobraźni naszych czasów i zaproponowała swoje rozumienie wzajemnie przenikających się światów biologicznych.
Bogusław Deptuła
Display